Wczoraj wycieczka autokarem do Skygness. Duma Anglików? Miło, kiedy oprowadza cię ktoś stąd. Czułam się jak moi goście z Anglii w Krakowie. Co mi się podobało? Rozległa, szeroka plaża podobna do tej w Holandii. Niskie ceny, niestety mające odzwierciedlenie w mizernej jakości: chińskie torebki po 5 funtów przy 15 High St, plastikowe ciuchy, kawa-niekawa z lukrowanym ciasteczkiem za 99 pensów w His Place, 29 High St i płaszcze-poncza przeciwdeszczowe po 1,5 funta, które zafarbowały na żółto nasze ubrania. Ciekawe bogate Fun Fair ku mojemu zdziwieniu z mnóstwem tanich atrakcji. Ogromna porcja dorsza z frytkami w Meanie Bo'Bini's przy 10 Grand Parade zapobiegła wizycie Chrystiana w Mc Donald's. I wszędzie uśmiechnięte twarze.
Kiedyś kolega z pracy, Anglik opowiadał, jak w czasie wizyty w Polsce u jego girlfriend, z niepokojem Polacy patrzyli na niego, bo wciąż pozdrawiał nieznajomych serdecznym: Mornin... Hiya ...All right?
A co na nie? Gdzie tu nasza dzikość, drzewa, wydmy, otwarte hoteliki, przytulne turystyczne domki, wędzone rybki na straganach, kosze plażowe i przejrzysta pogoda, nawet w deszcz? Tu zamiast roweru możesz wypożyczyć... wózek inwalidzki, na którym z ochotą jeżdżą też większe dzieci. Poza tym, czas się tu zatrzymał jakieś 20 lat temu. O jakości budynków nie wspomnę. Jak zwykle było warto. Poza fatalną jakością fotek z pożyczonego telefonu, a może to ta nadmorska mgła :)






